Mam nadzieję że nie wyszłam z jako takiej wprawy.
PS: Betę znajdę, betę pokocham.
Carrie delikatnie objęła prychającego kota i wyszeptała mu do ucha kilka uspokajających słów. Na Iris źle działał panujący od rana w sklepie zgiełk, a nie można było pozwolić, aby zirytowana kotka pokazała kupującym pazurami, co sądzi o ich drażniącym ją zachowaniu.
Od kilku dni zresztą przez mały, mroczny sklepik, znany pod wdzięczną nazwą Centrum Handlowego Eelyopa, przewijały się spore tłumy uczniów. Trudno się było temu dziwić, gdyż do rozpoczęcia nowego roku szkolnego w Hogwarcie pozostało już tylko kilka dni, a spora część uczniów chciała pojawić się w szkole z nowym zwierzakiem albo dokupić przysmaki lub coś w tym rodzaju swoim obecnym pupilom.
W efekcie Carrie przez ostatnie parę dni miała pełne ręce roboty. Uwielbiała jednak zastępować przy ladzie swego dziadka i założyciela sklepu - Vincenta Eelyopa, który ostatnimi czasy miał coraz większe problemy ze zdrowiem.
Na szczęście Carrie uwielbiała ten mroczny sklep pełen szelestów, łopotów i oczu jarzących się jak klejnoty, a zwierzęta były jej prawdziwą pasją. Od zawsze marzyła o studiowaniu Uzdrowicielstwa ze specjalizacją Magiczne Stworzenia, a ostatni szkolny rok w Hogwarcie, rozpoczynający się już za kilka dni, miał rozstrzygnąć wszystkie jej marzenia.
W sklepie było ciasno, duszno i tłoczno. Pod ścianami piętrzyły się aż do sufitu klatki pełne najrozmaitszych stworzeń. Sklep wypełniała mieszanina ostrych zapachów, a z klatek dobiegały piski, skrzeki, wrzaski i syki. Para olbrzymich purpurowych ropuch zajadała się martwymi muchami, a wielki żółw ze skorupą wysadzaną klejnotami połyskiwał tuż przy oknie. Po szybie terrarium pięły się jadowite pomarańczowe ślimaki, a opasły biały królik co chwilę z trzaskiem zamieniał się w cylinder. Były też koty wszelakich maści, klatka z rozwrzeszczanymi krukami i czarnymi szczurami bawiącymi się w skakankę z własnych ogonów, oraz mnóstwo innych, fantastycznych stworzeń i przedmiotów przeznaczonych do opieki nad nimi.
Carrie ledwo nadążała z obsługą wszystkich klientów. Wśród nich często pojawiali się jej szkolni znajomi, przykładowo, tuż przy porozwieszanych rogach jednorożców stało rodzeństwo Rose i Hugo Weasley, co chwilę trącając się łokciami i wybuchając śmiechem.
Carrie pomachała Gryfonom, którzy radośnie odpowiedzieli na jej powitanie.
Tymczasem kolejka do kasy stawała się coraz dłuższa, a nerwy Carrie coraz bardziej napięte. Na jej czele stanęła otyła czarownica w średnim wieku i o niechlujnym wyglądzie, gburowatym tonem prosząc o karmę dla swojej ropuchy specjalnej odmiany. Dziewczyna z przekąsem pomyślała, że istnieje pewien specjalny związek między zwierzętami a ich właścicielami, jednak dla dobra interesu trzymała buzię na kłódkę.
Tymczasem Carrie ciężko było utrzymać cechujące ją zazwyczaj nienaganne opanowanie. Następnym klientem okazał się być Ślizgon, którego dziewczyna znała ze szkolnych korytarzy i jako najlepszego gracza w drużynie Slytherinu. Scorpius Malfoy zażądał pudełka przysmaków dla sów, po czym odszedł, mierząc Carrie poirytowanym spojrzeniem.
Zobaczył dziewczynę mającą czarne, sięgające do ramion włosy, które zawsze stwarzały problem przy próbie ich ułożenia. Niewysoka, odrobinę pulchna, patrzyła na świat brązowymi oczyma przez różowe okulary.
Była typową Krukonką - żądną wiedzy, ambitną i niezwykle opanowaną. Zawsze starała się mieć dla każdego miłe słowo i dostrzegać nawet najgorsze sytuacje z dobrej strony. Jedną z jej irytujących cech była niezwykła pedantyczność - zawsze wszystko musiała mieć poukładane na swoim miejscu.
- Niech już skończy się ta męczarnia - westchnęła do siebie Carrie, z ledwością trzymając się na nogach.
***
Połyskująca na piersi Carrie odznaka Prefekta Naczelnego zobowiązywała i nie pozwalała dziewczynie po uczcie powitalnej wrócić spokojnie do Pokoju Wspólnego Ravenclawu. Krukonka musiała zaprowadzić świeżo upieczonych członków Domu Kruka do sypialni i rozwlekle wyjaśnić zasady panujące w dormitorium.
W końcu, zadowolona, rzuciła się z westchnieniem ulgi na łóżko. Pozostałe dwie współlokatorki - Audrey i Triss, wesoło plotkowały o wakacjach.
Triss Swan była wysoką dziewczyną o jasnych, w wiecznym nieładzie włosach sięgających jej za ramiona i jasnoniebieskich oczach. Oryginalną urodą nie grzeszyła, ale nie brakowało jej uroku osobistego.
Natomiast Audrey Harris, czarnowłosa istota o bladej cerze i ciemnoniebieskich oczach, była absolutnym przeciwieństwem Triss. Z natury lekko nieśmiała, nie lubiła być przedmiotem powszechnej uwagi, jednak uwielbiała przebywać w niewielkim gronie swoich przyjaciół.
W ogóle, wszystkie trzy dziewczęta była diametralnie od siebie różne, co jednak nie przeszkadzało im przyjaźnić się i wspólnie dzielić sypialnię.
- A właśnie, Carrie - zwróciła się do dziewczyny Triss. - Morty zamierza dziś urządzić imprezę, jako że całym składem jesteśmy w ostatniej klasie. Wpadniesz na dół?
- Nie mam ochoty - jęknęła Carrie, łapiąc za zasłony swojego łóżka, z zamiarem odgrodzenia się za ich pomocą od całego świata.
- Nie bądź nudna! - zawołała Triss.
- W końcu świętujemy na naszą cześć - dodała nieśmiało Audrey.
- Właśnie, czasem trzeba wyluzować. I będą chłopaki, Morty... - rzekła Triss, uśmiechając się porozumiewawczo.
- Zastanowię się - powiedziała Carrie niechętnie.
- Ciągle siedzisz nad książkami, już moja w tym głowa żebyś dziś mogła zaszaleć! - zawołała wesoło Triss. - Już nawet słychać muzykę.
Rzeczywiście, z dołu zaczęły dobiegać odgłosy starych przebojów nieśmiertelnych Fatalnych Jędz i pojedyńcze głosy schodzących się uczniów.
- Właściwie... jako Prefekt Naczelny powinnam pilnować, żebyście nie zrobili nic głupiego... - rzekła z wahaniem Carrie.
- Dokładnie, a gdy ciebie nie będzie to zdemolujemy Pokój Wspólny - rzekła Triss, łapiąc Carrie za rękę i ciągnąc w kierunku schodów.
Pokój Wspólny Ravenclawu, oświetlony przez wpadającą oknem poświatę księżycową, wyglądał magicznie. Był dużym okrągłym pomieszczeniem z widokiem na błonia; łukowe okna przedzielały jego ściany, obwieszone niebiesko-brązowymi jedwabnymi tkaninami. Na ciemnogranatowym suficie połyskiwały namalowane srebrne i złote gwiazdy, które widniały również na dywanie pokrywającym podłogę. W niszy naprzeciw drzwi znajdował się posąg założycielki Domu Kruka - Roveny Ravenclaw.
Były tam też biblioteczki, stoliki i fotele; te ostatnie powoli zostawały zajmowane przez roześmianych uczniów, nierzadko z kuflami kremowego piwa w rękach.
- To Morty je załatwił - rzekła Triss, wskazując na stos butelek stojących w kącie pokoju. - Ten to ma kontakty w kuchni.
Pokój zaludniał się coraz bardziej, ktoś podgłośnił muzykę.
Do dziewcząt podszedł Mortimier - jeden z popularniejszych Krukonów w szkole. Był dość wysokim brunetem o ciemnych, prawie czarnych oczach, i opalonej skórze. Dobrze zbudowany, inteligentny i niezwykle towarzyski - był obiektem westchnień sporej ilości płcie pięknej.
Nawet Carrie, acz bardzo niechętnie, musiała przyznać sama przed sobą, że jeśli Morty zaprosiłby ją na wspólny spacer nad jeziorem, prawdopodobnie zgodziłaby się. O ile nie miałaby nic ważniejszego do roboty, oczywiście.
- Miło że jesteście, dziewczyny. Nawet ty Carrie wpadłaś - uśmiechnął się do koleżanek z roku.
- A tak, uznałam, że skoro to nasza ostatnia impreza powitalna, szkoda byłoby ją opuścić - powiedziała Carrie nieco oficjalnym tonem.
- To fajnie. Piwka? - zapytał.
- Chętnie! - wtrąciła rozpromieniona Triss.
- Ja nie piję - powiedziała Carrie.
- Daj spokój, trzymaj - rzekł Mortimier z uśmiechem, wręczając Carrie pełną butelkę. - Kiedyś trzeba w końcu zacząć.
Klnąc w duchu nad swoją uległością i brakiem umiejętności odparcia się urokowi uśmiechowi Mortimiera, Carrie niezdarnie odkorkowała butelkę i pociągnęła łyk.
Skrzywiła się lekko, na co Morty zaśmiał się rozbrajająco i klepnął dziewczynę w ramię.
- Dobrze ci idzie. To trzymajcie się dziewczyny, zaraz wracam - powiedział i podszedł do kolegów siedzących w centrum Pokoju. Oczywiście już nie podszedł.
Carrie opróżniła butelkę do połowy, po czym zakręciło jej się w głowie. Usiadła w fotelu, chcąc poplotkować trochę z koleżankami.
Po kilku godzinach, kiedy przyjęcie rozkręciło się już na dobre, Carrie wirowało w głowie a jej myśli tańczyły w rytm muzyki. Była też bardzo, bardzo zmęczona.
- Dość już tej zabawy - pomyślała na głos.
Zaczęła odsyłać najmłodszych do łóżek, a po namyśle starszym uczniom również kazała kłaść się spać.
Nagle zobaczyła, jak jeden z pierwszoroczniaków szarpie Iris za ogon, na co biedna kotka wyrywała się i przeraźliwie miauczała.
- Tyyy! - zawołała, ruszając w jego stronę.
Chłopak rozluźnił uścisk, na co przerażona Iris korzystając z okazji, pobiegła przez całą długość pokoju, lawirując między nogami zmęczonych uczniów, i wymknęła się przez szparę w uchylonych drzwiach.
Carrie pobiegła za nią. Wyskoczyła na korytarz, jednak w ciemności nigdzie nie dostrzegła Iris.
Korytarz Hogwartu pod osłoną nocy sprawiał niesamowitie wrażenie. W ciemności rozlegały się szepty portretów, od czasu do czasu pojawił się któryś z duchów.
Przerażona Carrie zaczęła iść korytarzem, cicho nawołując Iris. Doszła do jego końca i w rozwidleniu skręciła w prawo. Jednak kotki nigdzie nie było.
Nagle zza rogu zabłysło światło i Carrie stanęła oko w oko z woźnym, panem Filtchem.
- No, no, chyba mamy kłopoty - wyszeptał ochrypłym głosem.
------------------------------------------------------------------------------------------
Grafika znaleziona w najdalszym zakamarku mojego komputera. Autor nieznany - poszukiwany.